Sobota, 28 stycznia 2012

Pardon

Poppolityka. Prawdy, emocje i pogłoski

Profil użytkownika:

Rybitzky
Rybitzky
Ilość odwiedzin: 32337

Ulubione blogi:

Brak ulubionych
RSS

Blog użytkownika

Poniedziałek [28.03.2011, 12:34]
Klaus Bachmann na łamach wrocławskiej "Gazety Wyborczej" dał wyraz swojemu oburzeniu na miałkość mediów w czasach internetu. Jako pretekst posłużył mu sposób informowania o wojnie domowej w Libii. Zdaniem Bachmanna, miałkość przekazów wynika z braku profesjonalnych korespondentów ludzi, którzy znają teren i lokalne obyczaje. Wrocławski naukowiec nie pisze tego wprost, ale zapewne jego zdaniem tradycyjny model mediów w bardziej złożony sposób przedstawiał rzeczywistość. Niedawno na łamach "Uważam Rze" bardzo podobny punkt widzenia przyjął redaktor naczelny "Dziennika Polskiego" Piotr Legutko, zarzucając internetowi odbieranie mediom profesjonalizmu.

Zarówno Bachamann, jak i Legutko mają rację ale równocześnie głęboko się mylą. Owszem, dziennikarze tworzą coraz bardziej uproszczony przekaz. Nie ma to jednak związku z rozwojem internetu. Internet jako medium raz po raz dowodzi swojej przydatności i wyjątkowo wysokiej jakości. Tegoroczne arabskie rewolucje dostarczyły nam na to całego mnóstwa dowodów.

W ostatnich tygodniach nie oglądałem TVN24 lub Polsat News śledziłem za to twitty takich ludzi jak np. @Jnoubiyeh, @ArabRevolution, @OmarAlmu5tar, @Egyptianwoman, @abdu, @tarksiala, @SultanAlQassemi, @walidsa3d, @Imadou, @JustAmira, @hmeguid, @habibh, @Ghonim, @SherineT, @nolanjazeera oraz @Sandmonkey. To Egipcjanie, Libijczycy, Katarczycy, Bahrajńczycy dziennikarze, studenci i działacze społeczni. Są oni źródłem informacji nie tylko dla mnie z ich doniesień korzysta np. coraz więcej amerykańskich mediów. Z prostego powodu internauci są źródłem szybkich i pewnych informacji. Pewnych dlatego, że każde doniesienie jest szybko weryfikowane przez społeczność internetu.

Szczególnie spektakularny przykład skuteczności internetu jako medium miał miejsce w Egipcie. 4 marca egipscy internauci relacjonowali na żywo szturm na aleksandryjską siedzibę Służby Bezpieczeństwa Państwowego. W tłumie demonstrujących ludzi było kilku użytkowników Twittera (w tym dziennikarze Al Jazeery), którzy na bieżąco relacjonowali wydarzenia. A w pewnym momencie jeden z internautów założył nawet stream z filmowym przekazem z miejsca zdarzenia.

Nie ruszając się sprzed ekranów komputerów mogliśmy więc mieć wszystko relację dziennikarzy, film, fotografie. Niewykluczone, że obecność obiektywnych korespondentów z Europy byłaby lepsza ale, przede wszystkim, jak mieli się oni znaleźć nagle pod jednym z aleksandryjskich siedzib tajnej policji?

Kto potrafi korzystać z nowoczesnych źródeł może dowiedzieć się obecnie wszystkiego o każdym wydarzeniu rozgrywającym się na ternach, gdzie jest ktoś posiadający dostęp do internetu. Moje konto na Twitterze, gdzie regularnie przekazywałem (retwittowałem) informacje z krajów arabskich było (i jest) lepszym źródłem informacji niż jakakolwiek polska stacja telewizyjna lub gazeta.

Podobnie sytuacja wygląda w przypadku wydarzeń libijskich. Jest to wprawdzie kraj znacznie mniej zinformatyzowany niż Egipt, ale także tam wraz z początkiem rewolucji zaroiło się od internautów dostarczających światu informacji a zwłaszcza filmów oraz zdjęć.

To właśnie libijscy internauci opublikowali nagranie najemnych snajperów zabijających ludzi na ulicach Trypolisu. Żaden dziennikarz nie mógłby stworzyć równie wstrząsającego materiału bo nie miałby szansy znaleźć się w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze. Tymczasem zawsze jest gdzieś ktoś z telefonem komórkowym, kto zrobi nagranie i umieści je w sieci.

Tak samo był ktoś na ulicy stolicy Bahrajnu (a raczej w oknie nad ulicą). Sfilmował grupę policjantów masakrujących mężczyznę, a następnie zostawiających go na asfalcie. Takie obrazy w krajach arabskich pełnią obecnie nie tylko rolę informacyjną stanowią podstawowe paliwo dla trwających buntów.

Dzięki internetowi nastąpiła demokratyzacja mediów i nie jest to zjawisko złe. Podobnie jednak, jak na wolnym rynku musimy starannie podejmować decyzje o zakupie tego czy innego towaru, tak i na rynku informacji musimy poświęcić nieco czasu, by zdobyć wartościowe informacje. One są za darmo i na wyciągnięcie ręki musimy jednak sami je sobie zdobyć. Oddając się w ręce dziennikarzy narażamy się na łykanie pozbawionej smaku papki. Taki stan rzeczy nie jest jednak winą internetu. Odwrotnie internet stanowi obecnie lekarstwo na zatrucie mediami.
16 komentarzy

Wtorek [15.03.2011, 20:46]
Różni zwolennicy strategii "tu i teraz" zapewniają nas, że historia się skończyła chociaż z tego stwierdzenia wycofał się już nawet sam Fukuyama. W bezpiecznym i dostatnim postmodernistycznym świecie nie powinniśmy się ich zdaniem zamęczać jakąś martyrologią o patriotyzmem.

Jednakże rozsądni, potrafiący obserwować świat ludzie, dobrze wiedzą, że historia ma się dobrze, a zdarzyć może się w życiu jednostek i społeczeństw dosłownie wszystko jeśli tylko nadarzą się okoliczności sprzyjające danym wydarzeniom.

Zapewne jeszcze kilka dni temu mieszkańcy Bahrajnu zbuntowani przeciwko władzy króla byli przekonani, że załatwią sprawy wewnątrz swojego kraju sami. Tymczasem wczoraj rano obudziły ich silnik setek saudyjskich pojazdów wojskowych sunących na stolicę ich ojczyzny. Co z tego, że państwa arabskie dotąd nie udzielały sobie "bratniej pomocy"? Naszedł taki czas, że udzieliły.

Może zdarzyć się, że i III RP znajdzie się w niezwykle kryzowej sytuacji o historycznym znaczeniu. Co wtedy zrobię? Czy rzucę się w szeregi NSR, licząc na starego kałasza lub hełm z lat pięćdziesiątych? Nie. Najpierw przypomnę sobie to, co pokazał mi mój kraj oraz moi rodacy. I zastanowię się, co miałoby mnie przekonać do walki?

Przecież to Polacy pozwalają, a większości nawet radośnie aprobują to wszystko, co w ostatnim czasie dzieje się w III RP. Nie przeszkadza im spychanie ojczyzny do roli usłużnej panienki, wdzięczącej się do każdego trochę silniejszego zagranicznego państwa. Nie przeszkadza im zabawa ich własnymi pieniędzmi gromadzonymi przez lata w ZUS i OFE. Nie mają nic przeciwko wysłuchiwaniu kolejnych pustych obietnic o nowych autostradach i lotniskach.

Polacy, niegdyś dumny i waleczny naród dał się na własne życzenie sprowadzić do roli taniej siły roboczej, pracującej za grosze na chwałę zagranicznych koncernów. Dają się nabierać na najprostsze sztuczki marketingowe i medialne manipulacje takie, które u Amerykanów lub Brytyjczyków wywołałyby tylko uśmiech politowania.

I za taki naród, za taki kraj miałbym ginąć? Za ludzi, dla których jestem oszołomem z powodu patriotyzmu i przywiązania do tradycji. Nic z tego. Jeśli kiedyś np. Łukaszenka zwariuje do reszty i pośle na Warszawę swoje czołgi (których jest zresztą dużo więcej niż polskich), to wsiadam do auta i pędzę ku granicy (czeskiej lub niemieckiej, do obu mam blisko). Zostawię za sobą szczęśliwych zdrajców oraz lemingi, którym i tak będzie wszystko jedno.

50 komentarzy

Poniedziałek [21.02.2011, 19:50]
Piosenkarz Maciej Maleńczuk od pewnego czasu aktywnie wspiera politykę obecnych polskich władz. Dwa tygodnie temu pomstował na ludzi, którzy nie chcą, zgodnie z obowiązującą linię, kochać Rosji:

Myślę, że Polacy nie doceniają tego, że Rosjanie chcą być dla nas naprawdę mili. Wkurza mnie to, bo mamy historyczną szansę na zbliżenie z naszym najważniejszym sąsiadem, a Kaczyński i jego poplecznicy robią wszystko, żeby do tego nie doszło.

W najnowszym numerze "Wprost" ukazał się zaś wywiad przeprowadzony z Maleńczukiem przez Piotra Najsztuba. W rozmowie piosenkarz dał wyraz swojemu uwielbieniu dla Tuska i Komorowskiego. Jego słowa brzmią wręcz wiernopoddańczo, gdy ubolewa nad ciężkim losem swoich politycznych idoli:

Donald Tusk jest biedny. To dobry, nienawidzący kłamstwa człowiek, który musi kłamać. Bo być politykiem to znaczy dobrze łgać. () Czy ten człowiek w ogóle budzi emocje? Prosty sarmata, który obiecał, że nie będzie polował, stojący po prawidłowej stronie, nie warchoł. Miś, który wreszcie zaczął się uczyć angielskiego. Nie budzi mojej niechęci, mimo tych gaf. Na razie jeszcze ma handicap. I nie spieprz tego, panie prezydencie!

Jak to skomentować? Można by się długo rozwodzić nad charakterystycznym dla Polski zjawiskiem kreowania moralnych autorytetów z celebrytów. Ja jednak pozwolę sobie przypomnieć po prostu wypowiedź pana Maleńczuka sprzed roku. Na łamach pisma "Na żywo" przyznał, że mózg zniszczyły mu rozmaite używki. Ćpać zaczął wąchając klej w wieku 13 lat:

Pamiętam, jak grzebałem mamie w apteczce w poszukiwaniu różnych środków. Regularnie podbierałem jej azulan, który był na alkoholu i to chyba dość mocnym. Wąchałem też klej do butów, butapren. () Pierwszy raz, gdy się go nawąchałem, miałem totalny odlot. Usłyszałem jakiś niski głos z kosmosu, jakby przemawiało do mnie niebo. Do dziś go pamiętam. Ocknąłem się w zupełnie innym miejscu, cały w błocie...

W takim kontekście polityczne sympatie piosenkarza nie mogą zaskakiwać.
69 komentarzy

Sobota [19.02.2011, 11:13]
Rok temu przedstawiałem sprawę wydarzeń rozgrywających się w polskiej Wikipedii. Grupa lewacko nastawionych redaktorów "wolnej encyklopedii" skutecznie zablokowała umieszczenie w haśle o Krzysztofie Skubiszewskim informacji o jego agenturalnej działalności. Wikipedyści motywowali to rzekomą dbałością o bezstronność i jakość źródeł a ich zdaniem akta IPN nie są dostatecznie miarodajne w tej sprawie.

Jak się potem okazało, "grupa trzymająca władzę" w polskiej Wikipedii blokuje wszelkie próby umieszczania informacji niezgodnych z linią ideologiczną redaktorów. Dochodzi nie tylko do cenzurowania tekstu, ale również do blokowania kont "niepoprawnych" użytkowników.

Obecnie w Wikipedii więcej wiedzy o postaciach z polskiej historii można pozyskać z anglojęzycznej wersji portalu. Z tym zresztą też już bywa różnie, bo polscy redaktorzy zabrali się do wycinania niewygodnych informacji także z innych wersji językowych.

Z wyjątkowym przykładem obłudy polskich wikipedystów mamy do czynienia także w sprawie hasła o Danielu Cohn-Benditcie, guru europejskiej lewicy. Kilka lat temu głośno było o pedofilskich skłonnościach polityka, obecnie deputowanego Parlamentu Europejskiego. Cohn-Bendit sam przyznał się w książce, że pracując w przedszkolu skłaniał dzieci do zabawy swoim penisem. Jak napisał:

Mój nieustanny flirt z dziećmi szybko przyjął charakter erotyczny. Te małe pięcioletnie dziewczynki już wiedziały, jak mnie podrywać. Rzecz jasna niejedna z nich przygląda się rodzicom, kiedy się pieprzą. Kilka razy zdarzyło się, że dzieci rozpięły mi rozporek i zaczęły mnie głaskać.

Temat stał się głośny i trudno było go pominąć w Wikipedii. Anglojęzyczna i niemieckojęzyczna wersja encyklopedii szeroko opisują erotyczne skłonności polityka. Tymczasem polska Wiki o sprawie milczy. Owszem, hasło o Cohn-Benditcie zawierało informacje o jego "zabawach" z dziećmi, ale zostały one wykasowane osobiście przez jednego z głównych lewackich redkatorów encyklopedii niejakiego "Szwedzkiego".

Na hasło o Cohn-Benditcie trafiłem dziś, gdy zechciałem porównać je z hasłem o Marcinie Kydryńskim. Znany dziennikarz muzyczny jest w ostatnich tygodniach atakowany (słusznie zresztą) za refleksje zawarte w wydanej przed laty książce o Afryce. Dziennikarz zdradził w niej swoje fantazje (ale tylko fantazje) o tubylczych dziewczynkach.

W Wikipedii na sprawę zareagowano natychmiast hasło o Kydryńskim składa się obecnie niemal wyłącznie z opisu kontrowersji wokół książki. Podkreślone jest, że dziennikarza oskarżono publicznie o pedofilię i rasizm.

Co istotne, w polskiej Wikipedii (w odróżnieniu od np. anglojęzycznej) każda edycja musi być zatwierdzona przez wąską grupę moderatorów. Najwyraźniej więc ludziom tak dbającym o cześć Cohn-Bendita nie przeszkadza uprawianie, jak sami to nazywają, "publicystyki" w haśle o Kydryńskim. No, ale Kydryński nie jest słynnym lewicowcem.
38 komentarzy

Poniedziałek [14.02.2011, 16:17]
Kilka dni temu sąd skazał dwóch młodocianych bandytów, którzy z zimną krwią zamordowali w Warszawie policjanta. Wyobraźmy sobie, że po procesie do zabójców podeszłaby żona ich ofiary, błagając o uznanie swojego męża za uczciwego człowieka.

Absurd? Oczywiście. Czemu to bandyci mieliby wystawiać komuś świadectwo moralności a zwłaszcza człowiekowi, którego sami zabili?

A jednak taki właśnie absurd, tyle, że w dużo większej skali, obserwujemy w sprawie zbrodni katyńskiej. Media ostatnio szeroko zajmowały się tematem "rehabilitacji" zamordowanych w 1940 Polaków. Nie jest to kwestia nowa, ale słysząc o kolejnych przepychankach wokół "rehabilitacji" po prostu mnie mdli.

Niby dlaczego jest nam potrzebne błaganie, by następcy zbrodniarzy (i to w jak najbardziej dosłownym sensie przecież, gdy Władimir Putin wstępował do KGB, jego koledzy ze Smoleńska wykonywali zadanie niszczenia grobów polskich oficerów) łaskawie uznali, że zabici przez NKWD Polacy nie byli przestępcami?

System sowiecki był zbrodniczy ze swej natury. Przepisy prawa według których "osądzono" Polaków były niczym innym, niż wyrazem morderczej natury Stalina i jego współpracowników. Zresztą, egzekucja tysięcy polskich jeńców była niezgodna nawet z przepisami sowieckiego prawa.

Katyń był niczym innym, jak straszliwym mordem o charakterze ludobójstwa. Dyskusja z Rosjanami na temat "rehabilitacji" jest niczym innym, jak legitymizowaniem systemu, którego jedyną zasadą była zbrodnia.

Zamiast puenty nowa decyzja rosyjskiej prokuratury. Uznała ona, że można się zastanawiać najwyżej nad "rehabilitacją" polskich żołnierzy. Polscy policjanci zostali bowiem oskarżeni o szpiegostwo. I teraz trzeba sprawdzić, czy przypadkiem szpiegami nie byli...
64 komentarze

Niedziela [13.02.2011, 12:58]
Jeszcze niedawno wydawało się niemożliwe, by PiS miał realną szansę odzyskać władzę już w 2011 roku. Tymczasem seria porażek PO wywołała gwałtowny zjazd tej partii w sondażach. Nie musi to być trend stały, ale panika w szeregach rządzącej partii sugeruje, że sami politycy Platformy stracili wiarę w zwycięstwo.

Coraz więcej wiary mają za to działacze PiS. Słusznie, bo pewność siebie jest przecież jednym z głównych składników sukcesów. I niewykluczone, że PiS rzeczywiście pokona konkurentów w jesiennych wyborach chociaż jasnym jest, że partia ta spotka się z gigantyczną nagonką wszystkich wrogich sobie środowisk.

Jeśli jednak chce się walczyć o zwycięstwo, to trzeba być na nie przygotowanym. Czy PiS jest gotowy na ponowne sprawowanie władzy w kraju? Czy ma program i kadry do jego realizacji?

Odpowiedź na te dwa pytania jest jedna: nie. PiS w tej chwili wydaje się nie mieć nic więcej do zaproponowania ponad wyjaśnienie okoliczności katastrofy smoleńskiej oraz godne upamiętnienie jej ofiar.

Owszem, to istotna sprawa dla wyborców PiS, ale dobrze wiemy, w jakim stanie znajduje się obecnie polskie państwo. Po kolejnych 7-8 miesiącach rządów PO będzie wyglądało jeszcze gorzej. Politycy PiS już teraz powinni mówić, jak sobie wyobrażają swoje rządy. I powinni to mówić nie tylko wyborcom, ale przede wszystkim powinni rozmawiać ze sobą, przygotowując się merytorycznie do sprawowania władzy.

Mam wrażenie, że PiS zaprezentuje program dopiero wraz z rozpoczęciem kampanii wyborczej, a i tak nie będzie do niego przykładał większej wagi (wyborcy zresztą też nie będą tego robić). W efekcie dopiero po sformowaniu rządu poszczególni ministrowie (kiedy już wyczyszczą swoje resorty z platformersów) zabiorą się za planowanie swych działań.

Oczywiście, kluczowym zadaniem jest teraz pozbawienie władzy PO. Ale jeśli faktycznie politycy PiS są takimi patriotami, za jakich się podają, to muszą uratować kraj poprzez przeprowadzenie szeregu reform. Chciałbym więc wiedzieć, jakie PiS ma plany i czy będzie potrafił wykorzystać swoją szansę lepiej niż za pierwszym razem?
56 komentarzy

Wtorek [ 8.02.2011, 20:23]
Ostatnie miesiące 2010 roku ubiegły pod znakiem "rozłamów" w PO oraz PiS. Z Platformy odszedł Janusz Palikot, a z PiS spora grupa niegdyś kluczowych polityków partii. Dziennikarze wieszczyli nowym ugrupowaniom o dziwnych nazwach: Ruchowi Poparcia Palikota oraz Polsce Jest Najważniejszej (?) świetlaną przyszłość i zmianę systemu partyjnego w naszym kraju. Ale już pierwsze sondaże ostudziły nastroje.

Niegdyś nowe partie mogły w "premierowych" badaniach opinii publicznej liczyć na gigantyczne poparcie (np. SDPL pierwsze sondaże dawały 30 proc.). Życie szybko weryfikowało te wyniki, ale świadczyły one o sporym społecznym zapotrzebowaniu na nowe partie. Tymczasem RPP i PJN nigdy nie przekraczały 5-6 proc.. Teraz partia Palikota w sondażach już praktycznie nie istnieje, a PJN tylko czasem minimalnie przekracza próg wyborczy.

Nic dziwnego, że politycy z marginesu wpadają na coraz bardziej desperackie pomysły. Palikot chce namawiać ludzi do apostazji (ale sam nie zamierza wychodzić z Kościoła, bo... jest ochrzczony), a PJN promuje ideę przyznania prawa wyborczego nastolatkom.

Zapewne możemy spodziewać się jeszcze wielu konferencji prasowych i wysypu kolejnych, równie błyskotliwych, pomysłów. I już wiadomo, że cała ta nadaktywność nic politykom RPP i PJN nie da. Dobrowolnie bowiem opuścili główną scenę politycznego sporu w Polsce. Co by bowiem Palikot lub Kluzik-Rostkowska nie uważali i mówili, Polaków najbardziej interesuje spór PO z PiS. Jest to konflikt mający nadal wielki potencjał mobilizacyjny, potencjał, który może napędzać polska politykę jeszcze przez wiele lat.

Palikot jest błaznem, ale po politykach PJN można się było spodziewać znacznie wyższego poziomu rozsądku. Tymczasem wszyscy oni, wraz z byłym szefem lubelskiej Platformy, już ponieśli klęskę.
41 komentarzy

Wtorek [ 1.02.2011, 20:39]
"Wiadomości" przed chwilą pokazały polskiego turystę wybierającego się, jak gdyby nigdy nic, do Szarm el-Szejk na Synaju. Pan stwierdził, że "co go tam obchodzi jakaś rewolucja w Kairze, ważne, żeby rekinów nie było".

Podobnego zdania jest najwyraźniej wielu Polaków już opalających się nad Morzem Czerwonym. Nasi turyści niezbyt przejęli się akcją ratunkową bohatersko organizowaną przez rząd. Dziś 160-miejscowy samolot wysłany do Kairu powrócił wypełniony ledwie w połowie i to w dużym stopniu obywatelami innych krajów.

Na lotnisku w Kairze tłoczy się 18 tysięcy spanikowanych ludzi, ale możemy przypuszczać, że nie ma wśród nich zbyt wielu Polaków. Oni siedzą spokojnie w kurortach, bojąc się co najwyżej tego, że zamkną im plaże.

Czy powinniśmy podziwiać naszych rodaków? Że są tacy odważni oraz "easy going"?

Nie.

Ich zachowanie nie wynika bynajmniej z odwagi, a z czegoś, co możemy u Polaków obserwować już od pewnego czasu zaniku instynktu samozachowawczego. Turyści uparcie pozostający w Szarm el-Szejk w chwili, gdy miejscowość ta może być (jak donoszą media) miejscem schronienia prezydenta Mubaraka zachowują się dokładnie jak ci ludzie, którzy jeżdżą stłoczeni na skrzynkach w małym busie.

Inną cechą polskich turystów, którą można przypisać również dużej części Polaków jest całkowita obojętność polityczna. Oni zapewne po prostu nie rozumieją, że w Egipcie dzieje się coś dramatycznego coś mogącego przerodzić się nie tylko w wojnę domową, ale nawet w konflikt ogarniający znaczną cześć Bliskiego Wschodu. Dla nich liczy się tylko kwestia: jaki drink zamówić w hotelowym barze.

Ale, parafrazując klasyka, skąd ci biedni ludzie mają wiedzieć, jak wygląda sytuacja? Przecież w Polsce polityka to tylko wulgarna telenowela na ekranach telewizorów i komputerów. Demonstracja na 2-3 tysiące ludzi to już ewenement i dziwowisko. Mózg współczesnego Polaka zapewne nie jest w stanie pojąć faktu, że wielkie grupy ludzi są w stanie wychodzić na ulice w celu walki o swoje interesy.

I nie ma znaczenia, czy turyści z Polski wspierają PO, PiS, SLD czy PSL. Polacy, niezależnie od tego, jak wyraziście artykułują swoje poglądy (jeśli w ogóle to robią), nie potrafią robić nic więcej niż tylko krzyczeć do telewizora. Gdy przychodzi co do czego, to na ulicy pojawia się malutka grupka, na którą wszyscy patrzą się z politowaniem.

Wiem, bo wielokrotnie byłem w składzie takich grupek.

Polacy są obecnie narodem, któremu najlepiej wychodzi przewracanie się z boku na bok na kocyku i pociągać z butelki piwa. Nic więc dziwnego, że chcą leżeć leżeć i pić nawet wtedy, gdy wokół szaleje rewolucja.
62 komentarze

Czwartek [27.01.2011, 12:15]
Minister zdrowia, z wykształcenia lekarz patolog, przybywa na miejsce katastrofy prezydenckiego samolotu. Badając ciała ofiar dokonuje odkryci, które napełnia ją przerażeniem. Nim jednak zdąży się z kimś podzielić zdobytymi informacjami, otrzymuje propozycję nie do odrzucenia. Jeśli zacznie mówić o tym co zobaczyła jej syn albo mąż sami wylądują w kostnicy. Jeśli zaś będzie milczeć czeka ją błyskotliwa polityczna kariera.

Tak zaczyna się, nominowany dwa lata temu do Oscara w kategorii najlepszego filmu zagranicznego, "Lot ku śmierci" (oryginalny tytuł "Avión", czyli "Samolot"). Dzieło niezbyt w Polsce znanego kolumbijskiego reżysera Jose Simona de Olivery zdobyło wielką popularność w Ameryce Łacińskiej w dużym stopniu za przyczyną swojej antyamerykańskiej wymowy. Zapewne z tego samego powodu "Lotem ku śmierci" zachwyceni byli opiniotwórczy amerykańscy krytycy, którzy nazwali ten obraz "najpełniejszym latynoskim rozliczeniem z epoką Busha".

Należy jednak zaznaczyć, że de Olivera nie zrobił złego filmu. Pomijając aspekt ideologiczny i pewne trudno do zaakceptowania przerysowania, jego dzieło jest fascynujące.

Gdyby "Lot ku śmierci" nakręcono w Hollywood, pani minister zapewne w pewnym momencie chwyciłaby karabin i zaczęła, pośród malowniczych wybuchów, wykańczać czarne charaktery. Tymczasem w kolumbijskim filmie nic takiego nie następuje. Minister Eva Farinas (grana przez Juanitę Fernandez) bez wahania godzi się na milczenie. Widzowie wraz z nią odkrywają kolejne szczegóły spisku obejmującego szczyty (i nie tylko) polityki fikcyjnej republiki Bolandonii. Gdy bowiem pani polityk przystępuje do sprzysiężenia, koledzy i koleżanki nie za bardzo nawet próbują coś przed nią ukrywać. Wiedzą, że w ich kręgu zdrada oznacza straszliwą karę.

Pani minister poznaje więc prawdę o układzie zawartym przez premiera Bolandonii z władzami USA oraz Brazylii. Dowiaduje się również, że nowy prezydent kraju oficjalnie bohater walk z upadłą przed kilkunastu laty juntą współpracuje z dawnymi funkcjonariuszami tajnych służb. To, co Eva Farinas jeszcze niedawno uważała za młodą, ale całkiem sprawnie działającą demokrację, okazuje się być nową formą autorytarnego ustroju. W dodatku o charakterze neokolonialnym.

Nie będę oczywiście zdradzał nic więcej z fabuły tego ponurego filmu. Zaznaczę jeszcze tylko, że "Lot ku śmierci" ma w sobie (być może wbrew mojemu opisowi) mało z filmu sensacyjnego. To przede wszystkim dramat psychologiczny, opowieść o ludzkiej słabości i powszechnym przyzwoleniu na zło.

TVP 1, godz. 22.15: "Lot ku śmierci" ("Avión"), Kolumbia 2008, reż. Jose Simon de Oliviera.

28 komentarzy

Poniedziałek [24.01.2011, 17:30]
Niedawno odwiedziłem słynne już podziemne muzeum pod krakowskim Rynkiem Głównym. Wystawa o historii Rynku, Sukiennic i całego średniowiecznego Krakowa faktycznie robi duże wrażenie chociaż bardziej dzięki zastosowanym nowoczesnym środkom technicznym (np. holograficznym animacjom zabytków) niż historycznym eksponatom.

Największym powodzeniem wśród zwiedzających cieszą się sale, w których można obejrzeć podzielony na cztery części film o dziejach miasta. Gdy dołączyłem do grupki widzów oglądających w pierwszej sali fragment o czasach Piastów, na ekranie aktorzy odtwarzali właśnie scenę śmierci św. Stanisława. Rekonstrukcję zdarzeń z 1079 roku oparto najwyraźniej na kronice Wincentego Kadłubka, gdyż król osobiście zarzynał biskupa przed ołtarzem.

Na ten widok jeden z oglądających film panów głośno zaprotestował: To nie tak było! Jego oburzenie mnie nie zdziwiło, gdyż wersja przedstawiona przez Kadłubka jest powszechnie krytykowana jako tendencyjna i odbiegająca od opisu Galla Anonima. Jednakże ze zirytowanym panem zaczął dyskutować inny widz, który uznał relację Kadłubka za wiarygodną. Obaj mężczyźni pogrążyli się w dyskusji na temat zbrodni sprzed niemal tysiąca lat.

Ktoś może rzec, że przecież Polacy potrafią kłócić się o wszystko. Ale przecież podobne spory są toczone w innych krajach. Na przykład w Wielkiej Brytanii (zapewne za sprawą bestsellerowej książki Kena Folleta "Filary Ziemi") trwa dyskusja na temat rzeczywistej przyczyny śmierci następcy angielskiego tronu. Oficjalnie syn Henryka I zginął w katastrofie okrętu o nazwie "Biały Statek", ale może padł ofiarą zamachu? Było to w 1120 roku, a więc 890 lat temu.

Czas nie ma znaczenia, gdy w grę wchodzą tragiczne wydarzenia o historycznym znaczeniu. Amerykanie od niemal 50 lat zastanawiają się, czy Oswald był rzeczywiście "samotnym strzelcem". W Polsce IPN nadal prowadzi śledztwo w sprawie okoliczności katastrofy na Gibraltarze. I już teraz widać, że tragedia smoleńska dołączy do długiej listy zdarzeń o randze mitycznej.

Niecałe trzy tygodnie po 10 kwietnia pisałem o "oczywistości teorii spisku":

Czy śmierć ofiar Smoleńska jest mniej tajemnicza niż śmierć ofiar Gibraltaru? Można by rzec, iż między 1943 a 2010 rokiem nie ma porównania. Teraz są czarne skrzynki, satelity, radary, kamery w telefonach komórkowych. Wyjaśnienie przyczyn nowej polskiej tragedii powinno być o wiele prostsze.

Powinno ale nie jest, i to za sprawą poczynań polskich władz. Ekipa Donalda Tuska zachowuje się, jakby nie rozumiała powagi sytuacji. Owszem, wiedzą, że doszło do tragedii, zginął prezydent, zginęło wielu innych ludzi. Lecz rząd nie dostrzega właśnie tego, co dokonuje się w duszach części (nie twierdzę bynajmniej, że wszystkich) obywateli. Nie dostrzega tego, iż właśnie tworzy się niezniszczalny mit.


Zgodnie z moimi przewidywaniami nieudolne działania polskich władz w żaden sposób nie doprowadziły do poznania prawdy o Smoleńsku za to przyczyniły się do powstania rozmaitych teorii spiskowych. Swoim zachowaniem Tusk zaszkodził nie tylko prawdzie i honorowi Polski, ale też samemu sobie i swoim ludziom. Na wiele lat, a może i na zawsze zawiśnie nad obecnym premierem widmo podejrzeń oraz spekulacji.
35 komentarzy
« Następne Oglądasz 1–10 z 150

Ostatnie komentarze

© Pardon 2006-2012. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszystkie tagi | Kontakt | Reklama
Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu. | FAQ

używane auta, nieruchomości ogłoszenia, RTV - telewizory, kamery wideo, AGD - zmywarki, kuchenki, pralki,
aparaty fotograficzne i cyfrowe, notebooki, laptopy, biustonosze, perfumy, buty damskie, bielizna damska