Środa, 29 marca 2017

Pardon

Poppolityka. Prawdy, emocje i pogłoski

Profil użytkownika:

Rybitzky
Rybitzky
Ilość odwiedzin: 68434

Ulubione blogi:

Brak ulubionych
RSS

Blog użytkownika

Czwartek [26.08.2010, 22:50]
Obchody 30-lecia Sierpnia 80' nie budzą we mnie żadnych emocji. Nie chodzi, rzecz jasna, o to, że w 1980 roku nie było mnie jeszcze na świecie. W 2005 roku byłem w Gdańsku podczas obchodów 25. rocznicy i wówczas miałem wrażenie, że trwa czczenie czegoś ważnego. Ostatnie pięć lat zweryfikowało jednak moją opinię o wydarzeniach sprzed lat trzydziestu.

Rzecz nawet nie w tym, że dowiedzieliśmy się w tym czasie sporo o rzeczywistym kształcie wydarzeń owego pisanego dużą literą sierpnia. Fakt, iż znaczną rolę w 1980 roku odgrywały działania SB lub współpracownicy tajnych służb nie może zaskakiwać nikogo znającego nieco realia PRL. A esbecy nie byli, mimo wszystko, wszechwładni. Przebieg wypadków zaskoczył także ich.

Jednakże przez ostatnie pięć lat dowiedzieliśmy się bardzo dużo o tym, jacy ludzie tamtego Sierpnia są teraz. A są mianowicie ludźmi albo pełnymi pychy, albo przegranymi. Mało wśród nich jest takich, którzy dochowali wierności niegdyś głoszonym ideom. Skłóceni, nieporadni, po prostu beznadziejni sami każą podejrzewać, że w latach 80. komunizm nie upadł, a został zwinięty według precyzyjnego planu. I nawet jeśli faktycznie czegoś dokonali, to trudno zobaczyć w nich przykład do naśladowania.

Nie przekonują mnie rzewne wspomnienia uczestników strajków i demonstracji. Głównie dlatego, że zwykle dryfują one ku opowieściom o biedzie, kartkach, ciasnych mieszkaniach i zbieraniu na malucha. To tylko upewnia mnie w przekonaniu, że cały ten Sierpień wybuchł przez kotlet lub, ewentualnie, papier toaletowy. Kotlet by był "Solidarności" by nie było.

Zresztą, kto ma wątpliwości w tej kwestii, niech się rozejrzy w około teraz. Gdy kotlet jest, Polacy zgodzą się na wszystko.

30 komentarzy

Czwartek [19.08.2010, 21:46]
Jedną z wrocławskich specjalności są napady na banki. Teraz się jakby nieco uspokoiło, ale przez ostatnie dwa lata co kilka-kilkanaście dni ktoś wdzierał się do banków żądając pieniędzy. Dziennikarze ledwo nadążali o tym informować, a czasem nawet nic o napadach nie wiedzieli.

Jak okraść bank? Okazuje się, że bardzo łatwo. Większość akcji we Wrocławiu polegała na sterroryzowaniu obsługi niewielkich placówek przez pojedynczych ludzi posługujących się tzw. przedmiotami przypominającymi broń (np. replikami ASG). Kasjerki oddawały uzbrojonym w plastik ludziom stosunkowo niewielkie sumy i tyle.

Piszę o tym dziś, bowiem policja wypuściła człowieka, który pod Pałacem Prezydenckim wymachiwał granatem i groził obrońcom krzyża. 60-letni Andrzej K. nie otrzymał na razie żadnych zarzutów. Okazało się, że użyty wczoraj do zastraszania ludzi na Krakowskim Przedmieściu granat był nieuzbrojony czyli zdaniem naszych stróżów prawa nie istniało realne zagrożenie.

Gdyby Andrzej K. wszedł do banku i ochrona by go złapała, prawdopodobnie już by miał zarzuty. I raczej nie wytłumaczyłby się tym, że w granacie nie ma materiału wybuchowego. Bo przecież padłoby zaraz rozsądne pytanie: a skąd kasjerka miałyby to wiedzieć?

Najwyraźniej jednak w przypadku wydarzeń pod Pałacem Prezydenckim rozsądek nie obowiązuje i można bez skrępowanie zastraszać tam ludzi co zresztą wiemy nie od dziś. Bo czy emeryt z granatem jest mniej groźny, niż bandy pijanych dresów przez kolejne wieczory szarpiące obrońców krzyża w obecności biernych policjantów?

Policja zrobiła się bardzo tolerancyjna względem ludzi lubiących broń już kilkanaście dni temu. Gdy Polskę obiegły słynne zdjęcia uzbrojonego Dominika Tarasa, rzecznik KSP spokojnie wyjaśniał mi, że to żaden problem. Owszem, później okazało się, że Taras fotografował się z bronią ASG. Ale czy każdy obywatel ma od teraz fachowo oceniać zagrożenie i rozpoznawać wykierowaną przeciwko jemu broń?

Jeśli tak, to zapraszam wszystkich chętnych na "spacer z granatem". W sklepach z demobilem można zakupić granat ćwiczebny już za 27 złotych. Najtańsze plastikowe repliki broni (np. kałasznikowów lub M-16) są niedużo droższe. Przedefilujmy przez Warszawę z tymi miłymi i całkiem niegroźnymi przedmiotami...
22 komentarze

Sobota [14.08.2010, 18:41]
Być może za słabo zaznaczyłem to w tekście, co prowadzi do nieporozumień w dyskusji wśród Czytelników. Otóż pomnik ku czci żołnierzy Armii Czerwonej nie jest inicjatywą rosyjską. Zostal wybudowany za polskie pieniądze przez polskie władze.
42 komentarze

Sobota [14.08.2010, 16:02]
Czołowy polityk rządzącej Polską partii sugeruje na swoim blogu, że Jarosław Kaczyński może wkrótce umrzeć:

"Przyjdzie taki dzień, że Jarosław będzie już rozmawiał z siłami ostateczności. Być może jeszcze w tym roku. I wówczas uznamy, że to był naprawdę dobry rok. Tego się trzymam, w to wierzę."

Janusz Palikot bo to on jest autorem powyższych słów wydaje się wręcz marzyć o rozmowie szefa PiS z siłami ostateczności. Oczywiście, jest to kolejna prowokacja Palikota, ale najwyraźniej nikomu w Platformie kolejne akcje szefa lubelskiego oddziału partii nie przeszkadzają. Czyżby więc reszta partii popierała kierunek rozważań swojego działacza?

Rzecz jasna, skrytykowany Palikot powie, że "on tylko pyta", "żartuje" lub jest "nierozumiany". Żyjemy jednak w kraju, gdzie politycy faktycznie umierają gwałtowną śmiercią łącznie z tymi najważniejszymi. Dlatego też należy Janusza Palikota zapytać: czy spodziewa się też nagłej śmierci Donalda Tuska lub Bronisława Komorowskiego? Przecież latają oni takim samym samolotem, jak Lech Kaczyński. Jeżdżą po drogach, które okazały się być najniebezpieczniejszymi w UE. Mają przeciwko sobie coraz bardziej sfanatyzowanych ludzi. A w kraju trwa, jak to określają autorytety, "wojna domowa".

Historia zna już przypadki, gdy w krajach słabych i szarpanych wewnętrznymi sporami dochodziło do śmierci polityków. Lista zabitych przywódców jest długa. To przykre, że musimy wraz z Palikotem rozważać takie przykre scenariusze. Ale pytać przecież należy, prawda?

46 komentarzy

Poniedziałek [ 9.08.2010, 15:33]
"Takie czasy", odpowiedział mi tajniak na pytanie, dlaczego policja ochrania nielegalną demonstrację przeciwników pochówku Lecha i Marii Kaczyńskich na Wawelu. Jak może niektórzy Czytelnicy pamiętają, 16 kwietnia policja goniła mnie ulicami Krakowa zainteresowana moją dyskusją z manifestantami.
Wówczas to ok. 100 osób spotykało się przez niemal cały tydzień pod oknem papieskim na Franciszkańskiej 3, blokując tą ważną arterię komunikacyjną (kilka linii tramwajowych) w samym centrum miasta. "Antywawelscy" demonstranci nie występowali do władz z żadnymi wnioskami. Nie spotykali się jednak z żadną reakcją urzędników, straży miejskiej i policji.
Przede wszystkim zaś o nielegalności demonstracji nie wspominały media. Byłem podajże pierwszą osobą, która zwróciła uwagę na ten aspekt wydarzeń po papieskim oknem.
To, co nie przeszkadzało dziennikarzom w Krakowie, bardzo doskwiera im w Warszawie. Stale jesteśmy epatowani informacjami o nielegalnym krzyżu i nielegalnych jego obrońcach. Owa "nielegalność" ma usprawiedliwiać teraz "społeczną" akcję jego usunięcia bo tym de facto jest planowana na dzisiejszą noc demonstracja przeciwników krzyża.
W przypadku tej demonstracji dziennikarze również wykazują się wyjątkową pobłażliwością. Nie zastanawiają się, dlaczego władze Warszawy zgodziły się na zgromadzenie w środku nocy i to zgromadzenie, którego celem jest konfrontacja. I którego organizator otwarcie mówi o możliwym użyciu siły. Nie zastanawiają się także nad innymi słowami organizatora te, w których mówi o pomocy, jaką otrzymał ze strony dziennikarki TokFM oraz jednego z miejskich urzędników.
Takie mamy teraz czasy. Czasy wojny, gdzie jedna strona ma przewagę nad drugą i bezwzględnie to wykorzystuje.
27 komentarzy

Niedziela [ 8.08.2010, 15:04]
Przypominam Szanownym Blogerom, że umieszczając GD należy stosować się do Regulaminu naszego portalu, który stwierdza, że zabronione jest m.in.:
"publikowanie treści sprzecznych z prawem, normami społeczno-obyczajowymi, naruszających prawa innych osób, w szczególności dobra osobiste innych osób"
Dlatego jesteśmy zmuszeni usuwać zarówno teksty, gdzie wyzwani są zarówno np. Żydzi, Afrykanie lub homoseksualiści, ale też np. katolicy oraz duchowieństwo katolickie. Da się wyrazić każdą treść, nawet bardzo kontrowersyjną i obraźliwą, przy pomocy kulturalnego języka. Jeśli ktoś nie potrafi pisać bez bluzgania - jego problem.
Dziękuję za uwagę i pozdrawiam.
41 komentarzy

Piątek [ 6.08.2010, 12:40]
Kiedy Barack Obama pomylił się nieznacznie przy składaniu prezydenckiej przysięgi (a właściwie został wprowadzony w błąd bo słowa roty źle podyktował mu sędzia Sądu Najwyższego), to niemal natychmiast powtórzył ślubowanie. Zdarzyło się tak zresztą w historii USA po raz trzeci Amerykanie bowiem uważają, że przysięga musi był złożona dokładnie według wzoru zapisanego w konstytucji.
W polskiej konstytucji również zapisano treść prezydenckiej przysięgi:
Obejmując z woli Narodu urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem.
Dziś Bronisław Komorowski składając przysięgę w Sejmie powiedział: a dobrość Ojczyzny... Oczywiście było to przejęzyczenie w znanym nam już stylu "bronkowym". Jednakże nie zmienia to faktu, że słowa "dobro" i "dobrość" sporo się od siebie różnią a w dodatku tego drugiego nawet nie ma w słowniku. Amerykanie uznaliby bez wątpienia, że przysięga nie została złożona prawidłowo. W Polsce, rzecz jasna, nikt na to nie zwróci uwagi. Nawet media, które tak chętnie tropiły językowe wpadki Lecha Kaczyńskiego.
Bo to nieważne, że przysięga błędna. Ważne, że prezydent odpowiedni.
36 komentarzy

Czwartek [ 5.08.2010, 22:25]
Głową naszego państwa przez ostatnie kilkanaście dni był człowiek wyrzucony z rządu za związki z politykami i biznesmenami zamieszanymi w sporą aferę.

Ta afera została uznana za niebyłą głosami posłów rządzącej partii. Potrafili oni bezczelnie przepchnąć raport komisji śledczej, który nie tylko zakłamuje rzeczywistość, ale w dodatku jest napisany niezwykle niechlujnie. Gdyby władza uznała za raport np. rolkę papieru toaletowego to zapewne i taki "dokument" jej słudzy by przepchnęli.

Popisujący się gigantyczną arogancją rządzący wymagają równocześnie elegancji od swoich krytyków, na zarzuty reagując zwykle agresją lub egzaltacją. Mogą sobie na pozwolić, bo sprzyjające im media bez trudu potrafią z każdego uczynić "oszołomem".

Media wydają się być zresztą jedynym narodowym dobrem, bo to koncerny medialne zajmują najwyższe pozycje na liście najbogatszych firm. Poza nimi są tylko firmy wydobywcze i żywnościowe. Polacy potrafią produkować coś większego od

By utrzymać finanse kraju, rząd spekuluje walutą i prowadzi kreatywną księgowość. Oraz podwyższa podatki, rezygnując równocześnie z jakichkolwiek prób reform skostniałego systemu socjalnego i administracyjnego.

Współczesne polskie państwo jest struktura słabą i ciągle coraz bardziej gnijącą. Za pewien czas albo zapadnie się samo w sobie, albo ktoś lekko je popchnie, rozbijając próchno w pył.

Dwa dni temu za "przegraną państwa" komentatorzy uznali nieudaną akcję wyprowadzenia krzyża spod pałacu prezydenckiego. Wówczas to policja i straż miejska oraz wmieszani w rozgrywkę harcerze i księża próbowali zrealizować plan stworzony w ramach elity. Jak się okazało, garstka zdeterminowanych obywateli wystarczyła, by pomieszać władzy szyki.

W Warszawie starczyło kilkaset osób. Ile trzeba w skali kraju? Kilka tysięcy? Kilkadziesiąt? Najwyżej tyle. Nieliczna, ale odważna grupa ludzi może obnażyć fikcję, jaką jest III RP. A potem ją zniszczyć.
27 komentarzy

Poniedziałek [ 2.08.2010, 13:41]
Mówiąc o Powstaniu Warszawskim należy pamiętać o trzech rzeczach:

1. Decyzja o jego wybuchu była politycznie racjonalna,

2. Rzeź cywilów była efektem zbrodniczego niemieckiego planu,

3. Pod względem militarnym Powstanie było operacją przeprowadzoną w sposób karygodny.

Na temat politycznych aspektów Powstania oraz dokonanego przez Niemców ludobójstwo dyskutuje się bardzo wiele zarówno w mediach, jak i blogosferze. Szczególnie przy okazji tegorocznej rocznicy dziennikarze (bo politycy w ogóle nie) sporo mówią o niemieckich okrucieństwach.

Jednakże militarny przebieg Powstania (a zwłaszcza jego przygotowanie) jest tematem coraz częściej pomijanym milczeniem. A przecież 1 sierpnia 1944 rozpoczęła się wielka operacja wojskowa. Siły polskiego zbrojnego podziemia miały wykonać akcję przejęcia miasta i wyparcia z niego sił niemieckich. Tego celu nie udało się Polakom osiągnąć.

Pojawia się pytanie, czy w ogóle można było przeprowadzić akcję w Warszawie z sukcesem? Uważam, że nie a przynajmniej nie w takiej sytuacji, w jakiej było AK wieczorem 31 lipca 1944 roku.

O pewnej klęsce Polaków zadecydowało kilka czynników (z których dowództwo AK musiało sobie zdawać sprawę):

1. Brak uzbrojenia Warszawa była dla AK głównym centrum produkcji i zdobywania (poprzez kradzież i kupno) broni. Jednakże po rozpoczęciu Akcji "Burza" większość uzbrojenia odesłano ze stolicy do oddziałów partyzanckich w terenie. W takiej sytuacji pełnego wyposażenia starczyło dla ledwie kilku tysięcy polskich żołnierzy.

2. Brak elementu zaskoczenia Operacje ofensywne (a taką była początkowa faza Powstania) rozpoczyna się zwykle w nocy lub wczesnych godzinach rannych by zaskoczyć zaspanego przeciwnika oraz ukryć swoje ruchy. Tymczasem wyznaczenie godziny "W" na 17.00 oznaczało, iż Niemcy mogli spokojnie śledzić przygotowania Polaków i atak nie był dla nich żadnym zaskoczeniem.

3. Rozproszenie sił Wiedząc o swoich słabościach (przede wszystkim braku broni) Polacy powinny skoncentrować najlepsze oddziały na kilku kluczowych odcinkach (np. mosty i wybrzeże Wisły). AK postanowiło jednak zająć całe miasto, wydłużając front i uniemożliwiając sobie obronę kluczowych pozycji. W krótkim czasie pozycje powstańców zostały podzielone na izolowane sektory.

4. Wiara w pomoc Sowietów Trwająca Akcja "Burza" wykazała, że powstania na tyłach frontu oraz współpraca z komunistami zawsze kończy się dla polskich oddziałów bardzo źle. W momencie wybuchu Powstania Warszawskiego było już kilka dni po Operacji "Ostra Brama" zakończonej aresztowaniami i egzekucjami Polaków. Oczywiście, komunikacja wówczas szwankowała, ale pewne informacje sztab AK z pewnością otrzymał. Ponadto, odrzucając już kwestie polityczne, decyzję o akcji podjęto po otrzymaniu niesprawdzonych meldunków o pojawieniu się na przedpolach miasta sowieckich czołgów. Tak doświadczeni oficerowie jak Bór lub Monter powinni wiedzieć, że to jeszcze nic nie znaczy.

5. Brak rozpoznania Jeśli jednak dowództwo AK zdawało sobie sprawę z niesprawności komunikacji i słabości wywiadu, to tym bardziej powinno wstrzymać się przed rozpoczynaniem akcji militarnej. Rozpoczynanie bitwy bez rozpoznania zwykle kończy się klęską.

Podsumowując: Polacy kierowali się racjonalnym politycznym planem (chęć opanowania stolicy przed wkroczeniem Sowietów oraz powstrzymanie "dzikiego" powstania). Jednakże realizacja precyzyjnego politycznego planu zakończyła się klęską z powodu niemożności sprawnego wykonania jego militarnej części.
68 komentarzy

Niedziela [18.07.2010, 23:06]
Tegoroczna inscenizacja bitwy grunwaldzkiej okazała się być wyjątkowo żenującym widowiskiem - nad którym jednak rozpływają się z zachwytu media, równocześnie milczeniem pomijające błędy popełnione przez organizatorów imprezy.

Na Grunwaldzie byłem już wiele razy i już dawno dostrzegłem, że sposób realizacji rekonstrukcji słynnej średniowiecznej bitwy od kilkunastu lat pozostaje taki sam. W lasku przy drodze na Stębark rozbijają obóz rycerze, w alejce wiodącej do pomnika rozkładają się handlarze i przez kilka dni trwa historyczno-odpustowy festyn. Na koniec rycerze symulują bitwę obserwowani przez kilkadziesiąt tysięcy widzów co wychodzi im raz lepiej, raz gorzej.

Ma to swój klimat zwłaszcza w dniach poprzedzających inscenizację, gdy turystów jest jeszcze niewielu i można spokojnie przyjrzeć się życiu ludzi odtwarzających średniowieczne społeczeństwo.

Przyznam jednak, iż w tym roku spodziewałem się czegoś wyjątkowego. Nie dość, że obchodziliśmy 600. rocznicę bitwy, to w dodatku planowanej inscenizacji nadano gigantyczny rozgłos. Billboardy reklamujące uroczystości pod Grunwaldem zawisły w całym kraju, a Ministerstwo Kultury zamówiło u polskiego geniusza animacji Tomasza Bagińskiego cykl filmów promujących rocznicowe wydarzenia. Wiadomo było, że inscenizację przybędzie obejrzeć wielka liczba ludzi. Wydawało mi się oczywiste, iż tak gigantyczna impreza na 600. rocznicę bitwy musi być zorganizowana inaczej.

Tymczasem wszystko zorganizowano tak samo tylko gorzej. Na Grunwald faktycznie przybyło więcej ludzi trzy razy więcej niż zwykle, czyli 120 tysięcy. Korki na drogach dojazdowych zaczynały się już 14 kilometrów przed polem bitwy. Jednakże to akurat było niezbyt zaskakujące i w sumie naturalne. Także apokaliptyczny tłum kłębiący się na jarmarku i wokół obozu rycerstwa nie zaskakiwał zwłaszcza po obejrzeniu 14-kilometrowego sznura aut. To wszystko wyglądało jak zwykle pod Grunwaldem w dniu inscenizacji tylko pomnożone przez trzy.

Zaskoczył mnie za to widok opisany już na Pardonie:

http://www.pardon.pl/artykul/12012/polska_pad...

Organizatorzy ustawili między widownią a polem bitwy gigantyczny namiot dla zaproszonych polityków (m.in. ministrów Klicha i Zdrojewskiego oraz wiceminister Jaroń). Kiedy dziesiątki tysięcy ludzi gotowały się w słońcu ściśnięci niczym sardynki, grupka kilkudziesięciu osób siedziała pod daszkiem skutecznie zasłaniającym widok na odcinku ok. 30 metrów. Za namiotem nikt nie siadał a normalnie na tym odcinku naturalnej widowni mieściło się kilkanaście tysięcy osób.

Gdyby chociaż namiot był niższy wówczas pole bitwy mogliby obserwować widzowie z wyższej partii wzgórza. Jednakże organizatorzy wybrali namiot z wysokim spadzistym dachem. Prawdopodobnie wypożyczyli go od producenta piwa Tyskie obiekt był bowiem otoczony parasolkami z reklamami tej marki (w środku zresztą namiot też miał napis 'Tyskie").

Namiot uniemożliwiał oglądanie nie tylko widzom bezpośrednio za nim, ale także tym zgromadzonym na niemal połowie widowni. Inscenizację toczono bowiem inaczej niż zwykle nie naprzeciw głównej części widowni, lecz naprzeciw namiotu. Politycy mieli radochę. Tym większą, że przed bitwą władze centralne i samorządowe po wręczały sobie rozmaite nagrody i odznaczenia.

Inna rzecz, że rycerze nie dali zbyt interesującego spektaklu, ledwo się ruszając. Może byli skonfundowani całym odbywającym się wokół politycznym cyrkiem a może po prostu skacowani. Radio Olsztyn podało, że w noc przed bitwą rycerstwo solidnie sobie popiło. A bieganie w upale to nie jest najlepszy środek na kaca...
30 komentarzy
« Następne Oglądasz 1–10 z 123

Ostatnie komentarze

© Pardon 2006-2017. Wszelkie prawa zastrzeďż˝one. Wszystkie tagi | Kontakt | Reklama
Korzystanie z serwisu oznacza akceptacj� Regulaminu. | FAQ | Polityka prywatności

u�ywane auta, nieruchomo�ci og�oszenia, RTV - telewizory, kamery wideo, AGD - zmywarki, kuchenki, pralki,
aparaty fotograficzne i cyfrowe, notebooki, laptopy, biustonosze, perfumy, buty damskie, bielizna damska